|
Ostatnie 20 wpisów...
|
25.07.2008, piątek Roku temu Czytelnik mmm dopytywał się, dlaczego nie świętowałem dnia administratora systemów, który podobno obchodzony bywa w ostatni piątek lipca. Nawet podał odnośnik do specjalnej strony, poświęconej w/w kapłanom intranetów oraz internetu. W tym roku dzień ów przypada w moje imieniny (25-ty lipca to Krzysztofa i Jakuba). Ot, taka śmieszna koincydencja.
Od roku mam tę przyjemność, że nie zajmuję się zawodowo administrowaniem żadnych serwerów, nie kieruję żadną grupą komputerową, ba - w ogóle nigdzie nie jestem zatrudniony na żadnym etacie. Głównie utrzymuje mnie żona, za co jestem jej niezmiernie wdzięczny. Dzięki mojej magnifice poranki mogę spędzać na siłowni, gdzie buduję masę mięśniową, albo pływać w basenie, gdzie przy okazji uzyskałem przyjemny kolor opalenizny, znacznie ładniejszy niż odcień A. Leppera spod solarium, choć niestety z piegami, bo jestem raczej białoskóry. Jedyne administrowanie, którym zajmuję się od czasu do czasu, sprowadza się do uaktualnia komputera mojej żony (ostatecznie utrzymuje mnie, więc należy się jej coś od męża) oraz pomaganie znajomym w rozwiązywaniu problemów przez internet (na ogół nieskuteczne). Żałuję, ale nie udało mi się dotrzymać noworocznego postanowienia... widać mam miękkie serce. Rozumiejąc jednak ciężką dolę Panów SysAdminów, nucę sobie razem z nimi SysAdmin Song grupy Dead Troll, poświęconą tej szlachetnej profesji (piosenka dostępna także w iTunes). Niech się święci SysAdmin Day! 24.07.2008, czwartek Wpis z godziny: 00:01 | Skomentuj
Pół wieku temu (jak to ładnie brzmi - pomyśleć, że moja młodość przypadła na czasy wczesnego Gomułki, zaś urodziłem się jeszcze za wujka Józia), redakcja zajmująca się zbieraniem informacji o autorach napisała do mej Matki list (posiadam go a domowym archiwum), w którym pytała, czy Kuba z nadtytułu jej recenzji teatralnych "Z Kubą na widowni", to współautor, czy też postać fikcyjna. Współautorem oczywiście nie byłem (nie umiałem wtedy jeszcze pisać, do szkoły poszedłem dopiero na jesieni 1959 roku), więc wnioskuję, że formalnie od 50 lat jestem osobą fikcyjną. I dobrze mi z tym!
Kiedy więc kilka dni temu portal Nasza Klasa zmienił regulamin i kazał opowiedzieć się po stronie realu albo fikcji, to wykorzystałem tę okazję i w ogóle zamknąłem konto. Mogę być osobą fikcyjną w bibliografii polskiej, ale nie w Naszej Klasie, w towarzystwie Matki Boskiej oraz postaci z bajek. Tym bardziej, że przez pół roku od zapisania się do w/w portalu w gruncie rzeczy nie miałem żadnych korzyści wynikających z faktu przynależności. Kolegów z różnych szkół, z którymi chcę się przyjaźnić, mogę łatwo znaleźć, bo utrzymuję z nimi kontakty. Braku kontaktu z tymi, z którymi nie mam ochoty spotykać się, nawet w internecie, nie żałuję. Zaś wykorzystywanie portalu do pokazywania mojej (siwiejącej) grzywy nie jest wystarczającym powodem do utrzymywania rachunku tamże. Jeśli więc ktoś będzie usiłował mnie szukać w N-K, to niestety już nie znajdzie. Byłych znajomych z N-K przepraszam, że przestałem ich znać, w każdym razie w tym portalu. Chyba, że jakiś dowcipas zapisze mnie znowu - jako osobę fikcyjną. Jestem już przyzwyczajony. Od pół wieku. 23.07.2008, środa Przyznaję się bez bicia, że wyśmiewany kiedyś przeze mnie model wszechobecnej reklamy nie sprawdza się w wielu dziedzinach twórczości. Na przykład sprzedawcy muzyki nie wiedzą, jak zarobić na reklamie towarzyszącej darmowej ofercie internetowej. Także autorzy książek nie wiedzą, jak wsadzać reklamy: tzw. product placement, oczywisty w TV, jest mało wyrazisty w słowie drukowanym i śpiewanym. Internet poradził sobie z reklamami poprzez AdSense, czyli dobór reklam w zależności od kontekstu. Tyle tylko, że coraz więcej reklamodawców chce wierzyć, że płacą za skuteczną reklamę. Na przykład ostatnio zaczęli buntować się przeciwko reklamom na zaparkowanych domenach, takich jak moja niegdysiejsza tatarkiewicz.com, która ewidentnie służy właśnie takiemu celowi.
Owszem, nowocześni Japończycy wymyślili już aktywne panele reklamowe z łączem WiFi, w sam raz do wstawiania w domu, jak przewidywałem w felietonie wspomnianym powyżej (ironicznym - wyjaśnienie dla pewnego czytelnika, mało spostrzegawczego). Tylko kto będzie oglądał reklamy, kiedy i tak jest już ich nadmiar?! Szczególnie w Polsce, która wszystkim przyjezdnym jawi się jako jeden wielki billboard - podejrzewam, że skuteczność tych reklam jest bardzo niska. Ostatnio branża porno też zaczyna narzekać na kłopoty, bo rozpowszechnianie kradzionych filmów przez internet powoduje zmniejszenie sprzedaży DVD. W rozbieranych scenach trudno jest cokolwiek reklamować - nawet prezerwatywy zasłaniają co trzeba... |
| Korzystanie z serwisu Bywalec Computerworld jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na następujące warunki obsługi. Regulamin korzystania z serwisu. Serwis realizuje wytyczne ASME oraz uzupełnienia IDG dotyczące zasad publikacji w mediach elektronicznych. | ||
|
© copyright 2008 IDG Poland SA 04-204 Warszawa ul. Jordanowska 12 tel. (+48 22) 321 78 00 fax (+48 22) 321 78 88 |
|